Zagubiona w czasie , z nadziejami na lepsze jutro

6. lis, 2018

Życie wciąż mnie zaskakuje. Ty również Sherlocku. A jednak nie powinnam być zdziwiona. Wszystko o czym marzyłam we snach, w myślach,w głowie i sercu własnie się dzieje.
Za krotka była ta noc z Tobą. Każda jest za krótka. Po piątej nieubłaganie wyrwał mnie ze snu budzik w telefonie. Godzina drogi do pracy, tak milo popatrzeć jak śpisz. Z okien pokoju widok na twój angielski ogród, który tak lubię. Śpiew ptaków, dźwięczna muzyka. Spij. Musze wracać. Pocieszam się, że dziś piątek. Wróciły wspomnienia z gór i z regat...
Uważaj na siebie. Do zobaczenia za kilka godzin. Wracamy do pszczół. Urosły w siłę, ale nam nie wybaczą. Zbyt długo były same. Powoli dobiega koniec sezonu, trzeba dokarmić, wdrożyć leczenie ....i wrócić do ogrodu :)

6. lis, 2018

Jest trzeci sierpień, czwartek. Krótkie wiadomości wędrują do Sherlocka. Niestety będę dziś później, więc albo poczeka korzystając z chwili by odpocząć po pracy , albo zacznie pracę przy ulach. Uśmieszki, które ukradkiem wysyłamy sobie i nagle jak to Sherlock znowu mnie zaskoczył.
„Zabierz trampki, koszulkę i leginsy, dołóż strój kąpielowy…- pójdziemy dziś na ściankę…” – zwariował. Zaczęłam się śmiać. Jak chcesz się mnie pozbyć, to powiedz :) :) :) przy moim szalejącym błędniku i strachem przed wysokością to najlepszy sposób. Oczywiście nie powiedziałam tak, ale żartobliwie pomyślałam. Spakowałam wszystko do torby, wyciągnęłam z piekarnika solidną blachę ciasta marchewkowego, jeszcze tylko polewa czekoladowa, płatki migdałów na wierzch i w drogę. Do uli nie poszliśmy. Stara gazownia świetnie została zaadoptowana i służy zarówno początkującym i doświadczonym wspinaczom. Dziwne, ale przy Sherlocku właściwie nie myślę o swoich lękach. Jestem w takim miejscu pierwszy raz, naprawdę robi wrażenie. Jest kilka osób, z różnym stopniem zaawansowania, głównie w parach. Słyszę wyrażenia i zwroty, których znaczenia właściwie nie znam. Domyślam się, że tak jak w żeglarstwie, te hasła i zwroty są tu ważne. Do roboty Mała. Podchodzimy do ścianki na której widzę muszelki, słoniki, kolorowe rzeźby, no pięknie patrzę w górę i myślę sobie. Cholera to ścianka dla dzieciaków, to ja chyba tez dam radę. Sherlock podpina sprzęt alpinistyczny, uprząż ubrana, teraz , potem instrukcja jak zrobić jeśli dobrze pamiętam podwójną ósemkę na lince, moje bezpieczeństwo w dużej mierze zależy właśnie dobrze zabezpieczonej linki, oraz asekuranta. Cale szczęście będę podpięta do linki a Shelrock będzie mnie asekurował z dołu. Mam do niego pełne zaufanie. W duchu powtarzam sobie, dasz radę. Jestem gotowa, przyglądam się i oceniam, co uchwycić rękoma, gdzie zaprzeć nogę. Idę w górę, trzymając się blisko ściany, nie oglądam się za siebie, nie chciałabym tak od razu runąć na dół gdyby nagle zakręciło się w głowie. Wow, to całkiem przyjemne, oczywiście szukam jak największych elementów dzięki którym czuję się stabilniej, Mam dość silne nogi i wiem że z nimi problemów być nie powinno, ale tu potrzebna jest siła rąk i coś jeszcze. Myśląca głowa, rozglądanie się na boki i przewidywanie każdego następnego ruchu. Dobry nachchwyt, podchwyt…odciąg. Nachwyt – czyli chwyt który łapiemy od góry; po drugie podchwyt – czyli chwyt który łapiemy od dołu; oraz tak zwany chwyt boczny czyli inaczej odciąg – chwyt który łapiemy z boku.
Krok po kroku nie jak żółw, wpinam się i o dziwo nawet nie jestem przerażona. Ok. dochodzę do miejsca prawie u samego szczytu, Shelrock cały czas podpowiada, instruuje, tylko jak ja mam teraz zejść? Odwracam się, a niecenzuralne słówka same cisną się przez usta i śmiech…- puść linkę, odchyl się , zegnij lekko kolana i odpychając zjeżdżaj w dół. Szlak, niczego nie będę puszczała. Chwilę później przypominam sobie jak skakałam ze wspinalni podczas kursu podoficerskiego. Dokładnie to samo musze zrobić teraz. Dawaj Mała, nie bądź gapa. Poszło, mój asekurant nie dał ciała ;) stanowczość w jego głosie przyspieszył moje ruchy. I bardzo dobrze, bo gdybym tak dłużej posiedziała na tej górze, to chyba byłby problem, a tak bezpiecznie stanęłam na ziemi.
Niesamowite, pierwsze na co zwróciłam uwagę, to fakt, że ważne jest aby mieć zawsze trzy punkty podparcia, istotne jest również by od samego początku wykonywać ściśle określone czynności przyswajając tą właściwą technikę. Dla mnie bomba, a dla Sherlocka buziak.
Teraz zmiana ról. Ja asekurant, a Sherlock na ściankę, nie na tą ze słonikami i muszelkami. On uprawia wspinaczkę, kierujemy się w inne miejsce. I znowu instruktaż, jak blokować linkę, zwalniać. Tylko jak ja go utrzymam kiedy będzie chciał zjechać w dół. " Zdecydowanie, musimy poćwiczyć zanim pójdziemy na prawdziwe skałki. Ufam Ci, więc uważaj.” Tyle usłyszałam od Shelrocka zanim zaczął wdrapywać się po ścianie, robił to tak szybko, że z ledwością nadążałam naciągać linkę i blokować, aby się nie luzowała. Boże to trudne, to znaczy robię to pierwszy raz w życiu i co chwilę proszę by zwolnił, bo zwyczajnie nie nadążam. Ale nie to było najtrudniejsze. Przez chwilę Sherlock sam poczuł strach, kiedy chcąc zjechać w dół, nagle okazało się że moje ręce nie wytrzymywały, mnie uniosło ponad ziemię a on zjeżdżał prawie 1/3 ściany w dół zupełnie na luzie. Na szczęście udało mi się go przytrzymać. Nic dziwnego, ważę zdecydowanie mniej. Udało się, team obok miał za zadanie zareagować, gdybym nie dała rady. Na szczęście nie doszło do tragedii, a Sherlock znalazł się na dole. Dobra Mała, teraz ty, twoja kolej. Jak wejdziesz do samej góry to jesteś „Gościówa.” Jezu, nie, nie dam rady – DASZ, no już wchodź, nie ociągaj się. Ruszyłam, choć moje serce dudniło jak szalone. Jest dobrze, nic mi tu nie grozi. Trochę mniej miejsca dla całych dłoni, mniejsze podparcia dla stóp, ale pnę się w górę. Nie oglądaj się za siebie, nie patrz w dół, tylko w górę i na boki. Acha, pod szczytem zorientowałam się, że chyba już jestem za wysoko. O raju, wykrzyknęłam, zjeżdżam , chce na dół. Jest zaje….iście, ale na dziś mi wystarczy. Mokra jak szczur, wypijam jednym tchem wodę. Nie sądziłam ,że przy wspinaczce można się aż tak spocić. Najgorsze i tak przyszło następnego dnia w postaci zakwasów na przedramionach i w nogach :) :) :)
Od Sherlocka usłyszałam że nie wierzy ,że nigdy tego nie robiłam, lub nie próbowałam. Miałam wrażenie że się ucieszył, złapałam bakcyla. A on był dumny.
To było fantastyczne, całą drogę w samochodzie nadal gadałam i gadałam nakręcona i podekscytowana. Zrobiło się ciemno, a my po intensywnym „treningu” zażywaliśmy kąpieli w jeziorze, łysy wyglądał zza chmur, w oddali ciemną noc rozświetlały błyskawice wędrującej gdzieś nad ziemią burzy.
Boże jaka jestem szczęśliwa.
Uwielbiam kiedy możemy robic różne rzeczy razem, jedzenie, prace przy pszczołach, aktywnie lub zupełnie leniuchując. Jak na to nie spojrzec, nie nudzimy się i korzystamy z każdej możliwości i czasu tak by nie zmarnowac ani jednej chwili. Nie obawiam się użyc określenia, że dopasowany z nas tandem ;)

6. lis, 2018

Gdyby ktos mnie dzisiaj zapytał o to, czy gdybym mialabym możliwość to czy zmienilabym swoje życie? Odpowiedzialabym NIE. Gdybym miała taką możliwość najprawdopodobniej nigdy nie wyszłabym za mąż za mojego eks. Nie mialabym kochanego syna i nie spotkałyby sie drogi moje i Sherlocka.
Gdybym zdala na prawo po maturze, z pewnością zostałabym w Poznaniu. Gdybym nie poszła do szkoły w Gorzowie nie pracowalabym z dziecmi niepelnosprawnymi i   poznałabym dziewczyn. Gdyby nie praca, którą dzis  wykonuje, na emeryturę musiałabym czekać jeszcze ponad dwadzieścia lat, a tak myślę ze nastąpi to w przeciągu kilku nastepnych. Gdyby nie pewne okoliczności związane z czasem po rozwodzie nie posmakowalabym tego wszytkiego o czym głośno mówić nie wypada. Do wielu spraw, sytuacji i zdarzeń więcej nie dopuszczę , poniewaz niekoniecznie dobrze sie z nimi czułam. Ale znając te smaki mam możliwosc wyboru i oceny tego co dla mnie jest dobre.
 Kilka dni temu Sherlock w pewnej książce, którą pożyczyła mi jego mama przeczytał o tożsamości. Odnoszę wrażenie ze im bardziej słuchamy głosów z zewnątrz tym trudniej jest nam odnaleźć samych siebie. Od kilku miesięcy mam spokój o jakim marzyłam.  Dom, w ktorym pachnie z ludźmi których kocham. Rodzina jest mi bliższa niz kiedykolwiek wczesniej. Zupelnie tak tato, bo wlasnie znowu czuje twoja obecność, jakbym wróciła do początków. Ale juz nie taka krnąbrna jak kiedyś. Dojrzalsza i spokojniejsza. Wiem czego chcę i mam swoje marzenia, które bardzo chcę spełnić. 
Gdybym miala taką możliwość o której napisalam wcześniej , moje marzenia byłyby inne, ja byłabym kims innym i kto wie czy równie mocno poczułabym uczucia które tak mocno we mnie żyją?

6. lis, 2018

Lornetka wróciła do Sherlocka, ale nasz niezaplanowany przystanek w ogrodzie gdzieś na końcu małej nadodrzańskiej wsi przedłużył się o pyszny swojski rosół, pajdy chleba i kilka „kropel” alkoholu. Przyjemnie rozpoczęty urlop w miejscu skąd zabraliśmy osierocone pszczoły. Wspomnienia i wymiany wrażeń chłopaków z rejsów po morzu, polowań, śmiesznych historyjek. Poczucie humoru towarzyszy ludziom, którzy są otwarci i spontaniczni i wiek nie ma znaczenia. Lubię patrzeć kiedy Sherlock śmieje się od ucha do ucha, wtrącając co chwilę pieszczotliwe słówka do mnie z tym swoim uwodzicielskim wzrokiem i głosem.
Po kilku godzinach ze świeżym sandaczem ruszamy w drogę , nasz kolejny nieplanowany przystanek , osada w bolesławickich lasach. Kurs na A4 i zbaczamy z drogi do Zakopanego. Poznam najlepszych przyjaciół Sherlocka. „Zobaczysz to cudowni, otwarci i bardzo ciepli ludzie. Są dla mnie jak rodzina.” Opowiada mi o nich, ich dzieciach, wspólnych przygodach, spotkaniach, o tym czym się zajmują. Sherlock wygląda na szczęśliwego, siedząc na fotelu pasażera, co jakiś czas zwraca mi uwagę bym nie przekraczała 150km/h - wiem że masz ciężką stopę…śmieje się i kontroluje mi prędkość. Jesteśmy szczęśliwi, uśmiechnięci i podekscytowani. Muzyka wypełnia przestrzeń samochodu.
Stary dom z wiejskim ogrodem, a przed nim drewniane ławki i stół. Imponujących rozmiarów orzech tworzy parasol dając cień, zachęcający gościa by przejść przez bramę – usiądź , odpocznij , popatrz na lasy. Do furtki przybiega młodziutki wilczur, machając ogonem na wszystkie strony. Drzwi otwiera ubrana w delikatną, błękitną sukienkę wysoka, szczupła i uśmiechnięta kobieta. Od razu złapałyśmy kontakt. Jej mąż to wielki chłop J, długie włosy opadają mu na ramiona i szczery głośny śmiech. Będzie wesoło. W całym domu muzyka, a ich kuchnia to marzenie nie jednej kobiety. Stary piec kaflowy, odkryte cegły na ścianach i kredensy wypełnione przepiękną i malowniczą ceramiką bolesławiecką. Na dużym kuchennym stole słoneczniki. Widać, ze jest to ulubione miejsce Pani domu. Pachnie biszkoptem, cóż Ona będzie robić? Po ogrodzie biegają brojlery i kury. Pachnie lasem. Małe okna z zawieszonymi firankami, taki dom jaki ja pamiętam z dzieciństwa. Po obiedzie, Panowie poszli sprawdzić jak pracuje ukryty pod wiatą na tyłach domu niebywałych rozmiarów sprzęt do produkcji swojaka. A My w kaloszach na jej poletko dyniowe, między nawłocią i dzikimi malinami 
i poziomkami. W tym domu, po zwykłej codziennej pracy, życie toczy się swoim torem, Danusia specjalistka i pasjonatka tortów, świetna kucharka, wrażliwa i subtelna mama, żona i kobieta. Oboje są po studiach politechnicznych, wykształceni i inteligentni ludzie kochający siebie i życie jakie prowadzą w tej małej osadzie. Pokazuje mi zdjęcia swoich nastoletnich dzieci, widać że jest szczęśliwa zwłaszcza w jej błyszczących oczach. Mamy tu wszystko czego potrzebujemy, swoje mleko, jaja, ser, warzywa, a nawet alkohol z uśmiechem dodaje. Trochę im pozazdrościłam. Cieszę się, że tu przyjechaliśmy. Mogłabym zostać dłużej J. Sherlock przygląda się i nasłuchuje nasze rozmowy, ciekawy naszej wymiany zdań. Tymczasem zabrałyśmy się za robienie skubańca z cynamonem, oraz minionkowego tortu zamówionego dla dwuletniego jubilata na niedzielę. Wieczorem przy suto zastawionym stole gospodarz proponuje nam swój wyrób z kantki J. Sherlock nie czuje się najlepiej więc zwalnia tempo, poza tym ktoś jutro musi nas w końcu dowieźć do Zakopanego. Swojak ma rewelacyjny smak i barwę, nie trzeba go niczym zapijać. To była długa noc i zdaje się,że gospodarz znalazł kompana równego sobie J . Bolą mnie mięśnie mimiczne twarzy od śmiechu. Usnęłam wtulona w Sherlocka. 
Niedziela…nie tak z rana…
Bóle głowy , zapach aloesu i mokry ręcznik na głowie, to nie ja. Sherlock miewa napady migreny. Na szczęście w miarę szybko doszedł do siebie. Zawsze jest mi przykro kiedy się tak źle czuje, niewiele mogę zrobić, a wiem jak bardzo dokuczliwe potrafią być bóle migrenowe. Dobrze, że nie zapomniał tabletek, przytulam go cicho szepcąc do ucha. Jeszcze chwila, przejdzie….cicho… cichuteńko… i ruszam pomóc w kuchni.. Chłopcy po spacerze ze szczeniakiem do lasu, na rozłożonych sofach oglądają komedię. Po chwili na ogniu jest już wielki gar a w nim rosół z wiejskiej kury, ziemniaki obrane, udka doprawione czekają na swoją kolej. Kończymy jeszcze minionka. Został nam jeszcze jeden biszkopt więc robimy malutki torcik z wiórkami kokosowymi, wygląda jak biała chmurka. Pora na obiad pod orzechem. Gdyby tak zatrzymać zegar, lub choć o jeszcze jeden dzień wydłużyć czas tutaj. Przyjemnie , miło i spokojnie. Jeszcze tu wrócimy, jeszcze wymiana telefonów i w końcu ruszamy w Tatry. Jest już późno, dojedziemy z pewnością daleko po zachodzie.

6. lis, 2018

Kiedys bylo tak:
- lista rzeczy do zabrania, spisana na kilka dni przed urlopem
- wyprasowane i poukladane w kostke ubrania
- podręczna apteczka,wszystkie potrzebne          kosmetyki itd
- podstawowe artykuły spożywcze 
- żelazko, suszarka do włosów a nawet dywanik łazienkowy 
- buty, kurtki, czapki 
Pakowane  conajmniej wieczór  wcześniej do auta. Wyjazdy zawsze skoro świt, po śniadaniu z kawą i przygotowanymi kanapkami...
Tak zaczynał sie kazdy moj urlop. Wiosną szukałam miejsca. Miało być atrakcyjnie, niedrogo. Jedyny plus był tego taki, ze miałam możliwość wyboru. Skoro to ja planowałam urlop to najczęściej były to małe nadmorskie wioseczki jak najdalej od hałasu, tłumów dorosłych, rozwrzeszczanych dzieci, i watpliwej trzeźwości młodzieży wracającej z głośnych dyskotek.  Zaplanowany, zorganizowany łącznie z przystankami....
A w domu idealny porzadek zostawiony, w końcu przyjemniej jest wracać do czystego i pachnącego domu. Schemat powtarzany od lat...

Nasz pierwszy wspólny urlop z Sherlockiem zaplanowałam właściwie pod nieobecność mlodego, ktory swietnie bawił sie na kolonii. Idealny moment, tak byśmy mogli spędzić kilka dni sami ze sobą.  Rzuciłam hasło wyjazdu, miejsce i czas. Zakopane. Zaryzykowal.  Wyrwalismy kilka dni i aktywnie spędzalusmy je w górach. Zabrałam Sherlocka w Tatry. Tu jeszcze nie byłeś. Sudety znasz na pamięć. Tym razem to ja zaskocze Ciebie. Zechcesz powrócić jestem tego pewna. Prawdę mówiąc do końca nie wierzyłam ze to się uda z różnych względów, ale kiedy marzenie stało sie faktem, bardzo się cieszylam. Ze stałych  przygotowań pozostały  najważniejsze punkty, a cala reszta na kompletnym spontanie😊.
"To ma byc urlop, wrzuć na luz , musisz miec nad wszytkim kontrolę? "
Taki przekaz od Sherlocka.....hmmmmm... 
Dlaczego nie? No i wrzucilismy na taki luz, ze kiedy przyjechał w piatek wieczorem, ja jeszcze kończyłam pranie, torby nadal czekały w szafie, a nad moją siwą głową pracowała siostra w rękawiczkach czarnych od farby. 
Długo czekałam na ten czas. Duzo pracy mieliśmy w tym tygodniu za sobą. Po powrocie z Kamienia Pomorskiego oprocz poniedziałku, codziennie po kilka godzin pracowaliśmy na chleb i  przy pszczołach. Nie mogliśmy przecież ich tak zostawić bez pożywienia na tydzień. Od Sherlocka i pszczół wracałam przed północą. To był niezły maraton.
W piątek jeszcze praca, bylam tak zmęczona, że "wrzucenie na luz" uznalam za jedyne rozsądne posunięcie. Wybrałam sie więc na masaż, do kosmetyczki, a wieczorem z czarną farbą na głowie piłam kawę zrobioną przez Sherlocka. Bez spiny, wakacje to wakacje 😊... i tak w sobotę około południa zostawiając mały sajgon w domu, pakując to co najważniejsze wyruszyliśmy... najpierw do martensa po okrycia na głowy, kurtki i buty oraz najważniejsze wyposażenie w góry. Sherlock zatroszczył się o mnie i doposażył moje i swoje braki. Góry to nie plaża. O jednym zapomniał,za co musial zapłacić wysoką cenę, ale o tym następnym razem. Mnie uratował i  jestem mu naprawdę wdzięczna 😊
Kiedy dotarliśmy??? W niedzielę wieczorem.  Nie zaplanowany początek urlopu był strzałem w dziesiątkę. Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy z miasta i po pewnym telefonie do pewnego miejsca, kolejna godzina zero uległa przesunięciu,  a tych godzin "zero" było jeszcze dwie 😊😊😊 ...
W każdym razie cała sobota była beczką śmiechu, Sherlock oddał mi stery swojego auta, a wszystko przez lornetkę i uratowane ule, oraz kolejny przystanek o którym On ze szczegółami wam opowie...
Spodobało mi się. Inaczej i prawdę mówiąc na miejscu okazało się, ze to całe bardzo szczegółowe planowanie choć ma sens nie musi byc standardem. Czasem warto tak po prostu, gdy tylko jest ku temu sposobność zrobić coś zupełnie inaczej z takim samym efektem😊
To był początek cudownie spędzonego tygodnia, który dla mnie mógłby się nie kończyć.  Telefony ograniczone do wymaganego minimum, wspaniali gospodarze, góry, które zachwycajaza każdym razem i My.