6. lis, 2018

Stary dom z wiejskim klimatem 22.07.2017

Lornetka wróciła do Sherlocka, ale nasz niezaplanowany przystanek w ogrodzie gdzieś na końcu małej nadodrzańskiej wsi przedłużył się o pyszny swojski rosół, pajdy chleba i kilka „kropel” alkoholu. Przyjemnie rozpoczęty urlop w miejscu skąd zabraliśmy osierocone pszczoły. Wspomnienia i wymiany wrażeń chłopaków z rejsów po morzu, polowań, śmiesznych historyjek. Poczucie humoru towarzyszy ludziom, którzy są otwarci i spontaniczni i wiek nie ma znaczenia. Lubię patrzeć kiedy Sherlock śmieje się od ucha do ucha, wtrącając co chwilę pieszczotliwe słówka do mnie z tym swoim uwodzicielskim wzrokiem i głosem.
Po kilku godzinach ze świeżym sandaczem ruszamy w drogę , nasz kolejny nieplanowany przystanek , osada w bolesławickich lasach. Kurs na A4 i zbaczamy z drogi do Zakopanego. Poznam najlepszych przyjaciół Sherlocka. „Zobaczysz to cudowni, otwarci i bardzo ciepli ludzie. Są dla mnie jak rodzina.” Opowiada mi o nich, ich dzieciach, wspólnych przygodach, spotkaniach, o tym czym się zajmują. Sherlock wygląda na szczęśliwego, siedząc na fotelu pasażera, co jakiś czas zwraca mi uwagę bym nie przekraczała 150km/h - wiem że masz ciężką stopę…śmieje się i kontroluje mi prędkość. Jesteśmy szczęśliwi, uśmiechnięci i podekscytowani. Muzyka wypełnia przestrzeń samochodu.
Stary dom z wiejskim ogrodem, a przed nim drewniane ławki i stół. Imponujących rozmiarów orzech tworzy parasol dając cień, zachęcający gościa by przejść przez bramę – usiądź , odpocznij , popatrz na lasy. Do furtki przybiega młodziutki wilczur, machając ogonem na wszystkie strony. Drzwi otwiera ubrana w delikatną, błękitną sukienkę wysoka, szczupła i uśmiechnięta kobieta. Od razu złapałyśmy kontakt. Jej mąż to wielki chłop J, długie włosy opadają mu na ramiona i szczery głośny śmiech. Będzie wesoło. W całym domu muzyka, a ich kuchnia to marzenie nie jednej kobiety. Stary piec kaflowy, odkryte cegły na ścianach i kredensy wypełnione przepiękną i malowniczą ceramiką bolesławiecką. Na dużym kuchennym stole słoneczniki. Widać, ze jest to ulubione miejsce Pani domu. Pachnie biszkoptem, cóż Ona będzie robić? Po ogrodzie biegają brojlery i kury. Pachnie lasem. Małe okna z zawieszonymi firankami, taki dom jaki ja pamiętam z dzieciństwa. Po obiedzie, Panowie poszli sprawdzić jak pracuje ukryty pod wiatą na tyłach domu niebywałych rozmiarów sprzęt do produkcji swojaka. A My w kaloszach na jej poletko dyniowe, między nawłocią i dzikimi malinami 
i poziomkami. W tym domu, po zwykłej codziennej pracy, życie toczy się swoim torem, Danusia specjalistka i pasjonatka tortów, świetna kucharka, wrażliwa i subtelna mama, żona i kobieta. Oboje są po studiach politechnicznych, wykształceni i inteligentni ludzie kochający siebie i życie jakie prowadzą w tej małej osadzie. Pokazuje mi zdjęcia swoich nastoletnich dzieci, widać że jest szczęśliwa zwłaszcza w jej błyszczących oczach. Mamy tu wszystko czego potrzebujemy, swoje mleko, jaja, ser, warzywa, a nawet alkohol z uśmiechem dodaje. Trochę im pozazdrościłam. Cieszę się, że tu przyjechaliśmy. Mogłabym zostać dłużej J. Sherlock przygląda się i nasłuchuje nasze rozmowy, ciekawy naszej wymiany zdań. Tymczasem zabrałyśmy się za robienie skubańca z cynamonem, oraz minionkowego tortu zamówionego dla dwuletniego jubilata na niedzielę. Wieczorem przy suto zastawionym stole gospodarz proponuje nam swój wyrób z kantki J. Sherlock nie czuje się najlepiej więc zwalnia tempo, poza tym ktoś jutro musi nas w końcu dowieźć do Zakopanego. Swojak ma rewelacyjny smak i barwę, nie trzeba go niczym zapijać. To była długa noc i zdaje się,że gospodarz znalazł kompana równego sobie J . Bolą mnie mięśnie mimiczne twarzy od śmiechu. Usnęłam wtulona w Sherlocka. 
Niedziela…nie tak z rana…
Bóle głowy , zapach aloesu i mokry ręcznik na głowie, to nie ja. Sherlock miewa napady migreny. Na szczęście w miarę szybko doszedł do siebie. Zawsze jest mi przykro kiedy się tak źle czuje, niewiele mogę zrobić, a wiem jak bardzo dokuczliwe potrafią być bóle migrenowe. Dobrze, że nie zapomniał tabletek, przytulam go cicho szepcąc do ucha. Jeszcze chwila, przejdzie….cicho… cichuteńko… i ruszam pomóc w kuchni.. Chłopcy po spacerze ze szczeniakiem do lasu, na rozłożonych sofach oglądają komedię. Po chwili na ogniu jest już wielki gar a w nim rosół z wiejskiej kury, ziemniaki obrane, udka doprawione czekają na swoją kolej. Kończymy jeszcze minionka. Został nam jeszcze jeden biszkopt więc robimy malutki torcik z wiórkami kokosowymi, wygląda jak biała chmurka. Pora na obiad pod orzechem. Gdyby tak zatrzymać zegar, lub choć o jeszcze jeden dzień wydłużyć czas tutaj. Przyjemnie , miło i spokojnie. Jeszcze tu wrócimy, jeszcze wymiana telefonów i w końcu ruszamy w Tatry. Jest już późno, dojedziemy z pewnością daleko po zachodzie.