6. lis, 2018

Pierwszy nasz wspólny urlop 21.07.2017

Kiedys bylo tak:
- lista rzeczy do zabrania, spisana na kilka dni przed urlopem
- wyprasowane i poukladane w kostke ubrania
- podręczna apteczka,wszystkie potrzebne          kosmetyki itd
- podstawowe artykuły spożywcze 
- żelazko, suszarka do włosów a nawet dywanik łazienkowy 
- buty, kurtki, czapki 
Pakowane  conajmniej wieczór  wcześniej do auta. Wyjazdy zawsze skoro świt, po śniadaniu z kawą i przygotowanymi kanapkami...
Tak zaczynał sie kazdy moj urlop. Wiosną szukałam miejsca. Miało być atrakcyjnie, niedrogo. Jedyny plus był tego taki, ze miałam możliwość wyboru. Skoro to ja planowałam urlop to najczęściej były to małe nadmorskie wioseczki jak najdalej od hałasu, tłumów dorosłych, rozwrzeszczanych dzieci, i watpliwej trzeźwości młodzieży wracającej z głośnych dyskotek.  Zaplanowany, zorganizowany łącznie z przystankami....
A w domu idealny porzadek zostawiony, w końcu przyjemniej jest wracać do czystego i pachnącego domu. Schemat powtarzany od lat...

Nasz pierwszy wspólny urlop z Sherlockiem zaplanowałam właściwie pod nieobecność mlodego, ktory swietnie bawił sie na kolonii. Idealny moment, tak byśmy mogli spędzić kilka dni sami ze sobą.  Rzuciłam hasło wyjazdu, miejsce i czas. Zakopane. Zaryzykowal.  Wyrwalismy kilka dni i aktywnie spędzalusmy je w górach. Zabrałam Sherlocka w Tatry. Tu jeszcze nie byłeś. Sudety znasz na pamięć. Tym razem to ja zaskocze Ciebie. Zechcesz powrócić jestem tego pewna. Prawdę mówiąc do końca nie wierzyłam ze to się uda z różnych względów, ale kiedy marzenie stało sie faktem, bardzo się cieszylam. Ze stałych  przygotowań pozostały  najważniejsze punkty, a cala reszta na kompletnym spontanie😊.
"To ma byc urlop, wrzuć na luz , musisz miec nad wszytkim kontrolę? "
Taki przekaz od Sherlocka.....hmmmmm... 
Dlaczego nie? No i wrzucilismy na taki luz, ze kiedy przyjechał w piatek wieczorem, ja jeszcze kończyłam pranie, torby nadal czekały w szafie, a nad moją siwą głową pracowała siostra w rękawiczkach czarnych od farby. 
Długo czekałam na ten czas. Duzo pracy mieliśmy w tym tygodniu za sobą. Po powrocie z Kamienia Pomorskiego oprocz poniedziałku, codziennie po kilka godzin pracowaliśmy na chleb i  przy pszczołach. Nie mogliśmy przecież ich tak zostawić bez pożywienia na tydzień. Od Sherlocka i pszczół wracałam przed północą. To był niezły maraton.
W piątek jeszcze praca, bylam tak zmęczona, że "wrzucenie na luz" uznalam za jedyne rozsądne posunięcie. Wybrałam sie więc na masaż, do kosmetyczki, a wieczorem z czarną farbą na głowie piłam kawę zrobioną przez Sherlocka. Bez spiny, wakacje to wakacje 😊... i tak w sobotę około południa zostawiając mały sajgon w domu, pakując to co najważniejsze wyruszyliśmy... najpierw do martensa po okrycia na głowy, kurtki i buty oraz najważniejsze wyposażenie w góry. Sherlock zatroszczył się o mnie i doposażył moje i swoje braki. Góry to nie plaża. O jednym zapomniał,za co musial zapłacić wysoką cenę, ale o tym następnym razem. Mnie uratował i  jestem mu naprawdę wdzięczna 😊
Kiedy dotarliśmy??? W niedzielę wieczorem.  Nie zaplanowany początek urlopu był strzałem w dziesiątkę. Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy z miasta i po pewnym telefonie do pewnego miejsca, kolejna godzina zero uległa przesunięciu,  a tych godzin "zero" było jeszcze dwie 😊😊😊 ...
W każdym razie cała sobota była beczką śmiechu, Sherlock oddał mi stery swojego auta, a wszystko przez lornetkę i uratowane ule, oraz kolejny przystanek o którym On ze szczegółami wam opowie...
Spodobało mi się. Inaczej i prawdę mówiąc na miejscu okazało się, ze to całe bardzo szczegółowe planowanie choć ma sens nie musi byc standardem. Czasem warto tak po prostu, gdy tylko jest ku temu sposobność zrobić coś zupełnie inaczej z takim samym efektem😊
To był początek cudownie spędzonego tygodnia, który dla mnie mógłby się nie kończyć.  Telefony ograniczone do wymaganego minimum, wspaniali gospodarze, góry, które zachwycajaza każdym razem i My.