30. paź, 2018

moja pierwsza wizyta

Jeszcze chwila.....:)
W końcu znalazłam moment...
Ty Sherlocku padasz? Niemożliwe..😊
Jednak od początku. Po pierwsze musiałam się spytać Sherlocka czy aby na pewno dobrze się czuł i czuje, w piątek kompletnie mnie zaskoczył...jabłka wpadły z powrotem do skrzynki podczas zakupów w Biedronce.
Tymczasem on przez dwie doby przejechał 1200 km do szkoły i do domu. Praca-podróż- szkoła-podróż-dom. Poszliśmy spać przed drugą w nocy. On wrócił szczęśliwie ja spokojna. Nie wiedząc co mnie czeka za kilka godzin musiałam się przygotować. Częściowo zrobiłam to wcześniej oglądając wykład pewnego starszego pana, który pięknie opowiada o rozwoju rodziny pszczelej.
Ale pozostawała jeszcze terminologia, pierwszy raz słyszane słowa, których znaczenia nie można się w żaden sposób domyślać. Pierzga, obnóża, czerw, kłąb itd.
Jeszcze nie tak dawno zapach rzepaku w pełni rozkwitu bardzo mnie irytował choć cieszy oko. Gdzie nie spojrzeć z lewej czy z prawej, swym wesołym słonecznym wyglądem przecina zielone pola. Pełnia wiosny, spóźniona co najmniej o dwa tygodnie.
Po 11 przed południem moim małym zwinnym staruszkiem wyruszyłam na pierwsze takie spotkanie. Sherlock zatroszczył się o moje bezpieczeństwo i po założeniu ubrań ochronnych wyglądaliśmy jak kosmici. Ucieszył się i zapytał czy się nie boję i co mam zrobić gdybym jednak spanikowała. Przypomniała mi się nasza rozmowa z grudnia o tym jak Sherlock mówił ze 50 tysięcy dziewcząt się go słucha. Jak zareagują na mnie?
Polną drogą prowadził mnie w kierunku rzepaku. Nagle zorientowałam się, ze rzepak jest wyższy ode mnie, pachnie zupełnie inaczej.
I wreszcie je zobaczyłam. Ule. Stoją jak żywe pomniki jeden obok drugiego schowane przed ludzkim okiem. Nie wiem, ale odniosłam wrażenie ze mają w sobie wielką siłę. Tak jakby były tu najważniejsze i miały władzę. Nie bałam się. Wręcz przeciwnie miałam ochotę jak najszybciej je dotknąć i sprawdzić czy jestem w stanie wyczuć ciepło ich wnętrza. Jedyne co mi przeszkadzało to brak wiedzy czy jestem uczulona czy nie. Byłabym raczej wściekła. W końcu przyjechałam pomagać Sherlockowi i nie chciałam sprawić mu kłopotu.
Pszczoły. Pomiędzy ulami, a rzepakiem (pożytkiem) jest kilkumetrowa przestrzeń i tylko przyglądałam się z zaciekawieniem jakie loty wykonują. Tysiące maleńkich dźwięcznych maszyn tak gęsto latających że aż czarno. I ta muzyka. Patrząc na to zjawisko dostrzegasz znacznie więcej. W końcu dostrzegasz świat przyrody. Zauważasz jak wygląda rzepak, jego kwiaty, liście jaki jest sztywny i mocny. Jesteś oddzielony od cywilizacji, słyszysz nie ulice i hałas,, tylko śpiewy ptaków, szum wiatru i pszczele tańce, a patrząc w niebo masz wrażenie ze jesteś daleko, daleko od ludzi. Cisza i dźwięki dotąd mi nieznane. Prowadzenie pasieki, życie z pszczołami niewątpliwie zmienia twoje myślenie, zmienia Ciebie. To nie jest już tylko kwestia zarobku na miodzie. To zaangażowanie, poświęcenie często czasu rodziny, przyjemności, a zwłaszcza teraz kiedy rozpoczął się sezon. Wiedziałam, ze zima była trudna, ze wiosna spóźniona i pszczoły potrzebują maksymalnie się rozwijać. Przyszły pierwsze niemalże letnie temperatury a one mogły w końcu bez wytchnienia robić to, do czego zostały stworzone. I nawet gdy wieje wiatr znoszą nektar i pyłek. Z trudami walczą a to co zbiorą będzie możliwe do wglądu już za kilka tygodni, dni...
Rozwijają się, ale trzeba im pomagać, czuwać. I co robiliśmy z Sherlockiem?
Zrobiliśmy naprawdę kawał dobrej roboty.
Czas start godzina 12...ile czasu to zajmie? Nie wiem, ale czekam niecierpliwie na pierwszy strzał ;)
Sherlock starał się mi tłumaczyć co się dzieje i co będziemy robić. Tak, tak.... już wiedziałam, w którym momencie należy podać mu dłuto, przydymić otwarty korpus, bo ciepły dym powoduje ze pszczoła chowa się w głąb ramki i można każdą ramkę wyciągnąć i zobaczyć co one tam mają, czy czerwią, jak próbują zakładać mateczniki, jak wyglądają larwy...przy drugim ulu sama już wyciągałam ramki. Niesamowite jak rodzina jest silna ta sama ramka robi się bardzo ciężka. A sam ul pachnie, słodyczą, trochę kwaśnie... pomiędzy poszczególnymi korpusami układa się kratę odgrodową aby oddzielić na przykład matkę w czerwieniu, albo gniazda od miodni.
Brałam ją w ręce, kiedy Sherlock odstawiał górny korpus i strzepywałam znajdujące się na niej pszczoły, potem dym i znowu ramka za ramką. Niektóre odkładaliśmy, wymienialiśmy, tak by równoważyć siły. I padł. Pierwszy strzał. Oberwało moje udo. Spojrzałam na jeansy ale byłam tak zajęta swoją pracą, ze tylko sprawdziłam czy nie ma żądła. Dziwny bardzo piekący ból, chyba mogłabym go porównać do rozgrzanej igły kłującej co kilka sekund to samo miejsce. Nie zamierzałam w ogóle się rym przejmować a już na pewno dotykać, drapać itd. I w końcu na samym dnie zobaczyłam ją pośród kłębu. Piękna , wolno poruszająca się oznakowana matka, wokół setki pszczół. Podczas gdy Sherlock sprawdzał dno, czyścił otwory wentylacyjne, ja trzymałam tą piękność z jej rodziną w swoich dłoniach i pilnowałam żeby tylko nie spadla. I tak jak ona się przemieszczała tak ja na zmianę powoli obracałam ramkę. Śpiew matki, nazywany kwakaniem...uhmmmm :)
I tak od ula do ula. Mieszanie, usuwanie larw mateczników, sprawdzenie gdzie jest królowa, jak noszą i ile już zdołały nanieść. Ile pyłku itd..
Po kilku takich zabiegach zrobiliśmy sobie przerwę. Wyszliśmy z rzepaku i siedliśmy pod wielkim drzewem w cieniu. Oparłam głowę o jego nogi i zadowoleniem patrzyłam w niebo.
Tyle się mówi i pisze o tym ze w dobie ciągle pędzącej cywilizacji i eksploatacji natury ponad to co może dać, pszczoły giną i potrzebują człowieka, a my potrzebujemy pszczół. I tak naprawdę tu kończy się biznes a zaczyna pasja, zrozumienie. Oddawanie i przyjmowanie. Proste, choć trudna ale piękna praca. Ile satysfakcji, wyciszenia, łagodności. Bach....drugi strzał prosto w głowę:), a ostrzegał mnie Sherlock żebym nie ściągała kapelusza, to się doigrałam. Szybko wyciągnął żądło. Bol o wiele mocniejszy aż przeklęłam. To zazdrośnice. A ja się z wami tak ładnie przywitałam, mówiąc jakie jesteście piękne....
I tak skończyliśmy grubo po 17. Jak to Sherlock stwierdził poszło nam ekspresowo. A czego się spodziewałeś? Ze będę robić maślane oczy, głaskać Cię itd. ??? Przyjechałam Ci pomóc, a w chwili przerwy cieszyliśmy się swoim towarzystwem. :)
Wiesz, chwiałabym jeszcze wziąć matkę w dłonie, delikatnie i zobaczyć jak pszczoły lecą i siadają na mnie... wiem, wiem wariactwo.
A tak swoją drogą Sherlocku, pasieka to świetny pomysł na emeryturę. Rewelacyjny jeśli się człowiek nie boi, podoba mu się i wie ze chce temu poświęcić swój czas i nie tylko swój, kocha przyrodę i ciszę. Oczywiście powinna być to świadoma i dojrzała decyzja. Masz rację, z pszczołami jest jak z dziećmi.
To wymaga tez przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Ale wszyscy wiemy ze najlepszy, najdroższy jest miód prosto z pasieki. Taki zebrany miód trzeba szybko przelewać do słoików zanim się zdąży skrystalizować bo właśnie wtedy zachowuje swoje najwyższe wartości.
Ja sama w nagrodę przywiozłam pierwszą ramkę z miodem...cudny plaster. W podziękowaniu od Sherlocka i dziewcząt. Dzieciaki mlaskały i mruczały z radości i słodkości...aż miło było popatrzeć. Zebrany propolis już zalany spirytusem ;)
Sherlocku to była jedna z lepszych niedziel w moim życiu, z pewnością wyjątkowa i bardzo mi się podobała. Matki podane, rojnica i odkłady szczęśliwie dotarły do twojego domu. Gdyby ktoś wiedział co ty przewozisz samochodem... :)
Tez padłam. Lubię ten rodzaj zmęczenia połączony z zadowoleniem. Usnęłam.
Tymczasem przygotowałam chłodnik litewski na jutro...w końcu będę mieć gościa i może znowu się czegoś nauczę nowego. A może zwyczajnie odpoczniemy ….
Do zobaczenia Sherlocku.
20. maj, 2017