30. paź, 2018

Kawa, a właściwie biała herbata. kilka filiżanek 19.12.2016

To było do przewidzenia. W końcu umówiliśmy się na tą kawę. Cholera, przecież tu nie ma gdzie pójść i to w poniedziałek. Popołudniu są czynne tylko niektóre kawiarenki z tymi słodkim ścianami i to przereklamowane.

Co za miasto ...gdzie ja mieszkam???
No trudno. W końcu to kawa. Kilka zerwanych nocy, podpuchnięte oczy z niewyspania...i jeszcze brak koncentracji w pracy.
No Mała nie masz się czym szczycić... do tego zawaliłaś wystarczająco sporo, że nie wspomnę o studiach. Super. Możesz być z siebie dumna. Cholera, niech to szlak. Mimo to, nie żałuję ani jednej chwili z Nim. Jak narkotyk. Za dużo tych używek. Papierochy, taniec z muzyką 
i teraz On. Nie, nie będę się nad tym teraz zastanawiać. Mam ochotę się bawić i cieszyć dość czasu zmarnowałam przy Marku. W końcu jakimś cudem Bóg mi zesłał, a może to nie byl Bóg - mężczyznę, z którym każda rozmowa jest tak interesująca, który mnie intryguje 
i pociąga pod każdym względem.
Tak więc w tej chwili to bez znaczenia.

Ok. Miejmy to już za sobą. W realu najważniejszych jest tych kilka pierwszych chwil. Może czar pryśnie...
Wybrałam więc miejsce w centrum miasta, nie byłam tam wcześniej. Mało prawdopodobne, że o 16 popołudniu spotkam znajomych.
Miejsce jest. On przyjedzie. No dobrze, pozostaje kwestia tak oczywista, że przyprawia mnie o zawrót głowy. To ma być randka czy kawa? Jak ja mam się ubrać? Otwieram garderobę, wieszak za wieszakiem. Sukienka za sukienką. Szlak... , w końcu wyciągam jeansy, mechaty bladoróżowy sweter sięgający pupy i amarantowe kozaki.
Oczywiście, że się spóźnię. Chociaż nie cierpię się spóźniać na spotkania.

....... Pewnym krokiem wchodzę do kawiarni. Nie znam tej przestrzeni, ale światło przyjemnie przygaszone. Jest. On i nikogo więcej.
Mierzy mnie tymi swoimi oczami, które z ledwością mogę dostrzec. Wstaje i wita się ze mną podając rękę. Mrauu, aleś Ty przystojny....
Dziwnie się czuję, ale to przyjemne uczucie. Od godziny nie robimy nic innego tylko wpatrujemy się w swoje oczy i śmiejemy...a kelnerki donoszą kolejne filiżanki -herbaty...
Jezu, mówiąc szczerze chciałam, żeby czas stanął w miejscu. Niestety ten jak zwykle nieubłagany, odlicza minuty i godziny. Dobrze się nam rozmawia, ale trzeba wracać. Mam w zapasie około godziny.
Wsiadamy do jego samochodu i śmiać mi się chce, bo znowu 
te specyficzne motyle wiercą podbrzusze. W końcu stajemy w jakiejś ciemnej ulicy i cisza.... On nadal to robi...ciągle się przygląda i czeka. Robi mi się gorąco " pocałujesz mnie w końcu...?" pytam bez zająknięcia. Nasze usta się zlewają najpierw delikatnie, motyle są nie do wytrzymania, czuję jak gorąco i wilgotno mam między nogami.... jego dłonie wędrują pod mój mechaty miękki sweter, sutki boleśnie mi twardnieją.... jeszcze chwila i zacznę jęczeć. On wie, dobrze wie co ma robić. Jezu nie pamiętam, minęło kilka miesięcy odkąd ostatni raz byłam z męaczyzną.
Dobrze ze czas się nam kończy. Właściwie powinnam się teraz zamknąć i nie analizować tego, że na pierwszej randce nie robi się takich rzeczy. Po pierwsze trudno to nazwać randką, a po drugie w końcu kochał się ze mną już pierwszej nocy. Pieprzę to... , mimo dalej się nie posunę. Nie tutaj. Chociaż podniecenie normalnie mnie rozwala, uruchamiam swój automat myslowy komunikując, że muszę już wracać.....

Cholera. Chcę więcej tych kaw....herbat. Pocałunków.