Zagubiona w czasie , z nadziejami na lepsze jutro

6. lis, 2018

Nie zniknęłam. Od kilku miesięcy żyjemy na dwa domy. Nie jest to łatwe. Uczymy się jak to nasze wspólne życie tak poukładać aby było jak najlepiej. Wróciłam do początków tego bloga. Do tych wpisów, słów, uczuć i emocji przez które on powstał. Wróciłam do listów, których Sherlock jeszcze ode mnie nie dostał. Wciąż mam potrzebę ich pisania. Są takie sprawy miedzy nami, które nie znajdą się na tych stronach. Sprawy i zdarzenia, które dla nas obojga lepiej by pozostały tylko między nami. Faktem jest, że przez owe wydarzenia moje wyobrażenia sprzed kilku miesięcy zmieniły mój sposób myślenia. Czujność, intuicja, otwartość i obserwacja. Sherlock toczył kolejny bój. Przez kilka miesięcy nie potrafił mnie skutecznie od siebie odsunąć. Zawsze kiedy już go żegnałam, wracał. W rozmowie sprzed kilku dni powiedział wprost...”serce nie sługa”. On, taki racjonalny, logiczny. Nagle w lipcu mój świat z Sherlockiem zmienił kierunek o 180 stopni. Nie mogłam uwierzyć, ze tak po prostu któregoś dnia poprosił abym przyjechała do jego domu. Byłam pewna, że jest sam. On czuje się bezpiecznie, bo przecież wciąż nikt o mnie nic nie wiedział. Wciąż byłam wyspą na którą uciekał przed światem, bez oceniania, byłam schronieniem i ukojeniem. Wiedziałam, że długo tak nie dam rady, że tak nie można przeżyć życia, będąc alternatywą, przyjaciółką, kochanką, bratnią duszą i być mimo wszystko cieniem. Sherlock wiedział o tym że ja nie podejmuję próby, był świadomy że idę na całość i cierpliwie czekam. Nie kocha się na próbę. Przyjechałam do domu, do którego wcześniej przyjeżdżać nie śmiałam. Dlaczego? Sherlock zawsze powtarzał "my home my castle". Po tylu miesiącach odpychania się i wzajemnego przyciągania, tajemniczy Sherlock przedstawił mnie swojej mamie. I zrobił to z zaskoczenia. Struchlałam na widok krzątającej się po ogrodzie kobiety, o której tyle słyszałam. Kobiecie, o której słyszałam ze jest twardą babką, dojrzała kobieta, z którą dziś łączy mnie znacznie więcej.
Tego gorącego lipcowego wieczoru, na kilka przed naszym wyjazdem na urlop, po pierwszym karmieniu pszczół, jeszcze w kombinezonach, przy kończącym się dniu i obfitej kolacji... Sherlock siedząc na ławce stwierdził, ze trzeba coś postanowić, ze na dłuższą metę nie da się żyć na walizkach i ze on raczej nie będzie mógł się wyprowadzić z miejsca swojego zamieszkania. Zatkało mnie. Zaskoczył mnie jak zwykle. Nie spodziewałam się tego, nie tak szybko. Nie po tych wszystkich miesiącach kiedy moja wiara, nadzieja osłabły. Zaniemówiłam. Nie skomentowałam. W ciszy i przejęciem słuchałam co mówił.
Nie było wyznania miłości o jakim marzą wszystkie kobiety. Nie było romantycznego wieczoru, kwiatów i kolacji przy świecach... Ale to co powiedział było wyznaniem oddania, zwrócenia się ku przyszłości ze mną. I tylko serce przyspieszyło. Miałam taką ochotę rzucić mu się w ramiona. Byłam szczęśliwa i zdumiona jednocześnie.
Już kiedyś powiedział cos takiego, co zapamiętałam i co jednocześnie zastanawiało mnie dlaczego powiedział to właśnie mi, wiedząc jakie uczucia do niego żywię. Kiedy wracam wspomnieniem do majowego zbioru miodu, kiedy po raz pierwszy zabrał mnie do pszczół.. - "to ciężka praca i chciałbym to robić ze swoją drugą połową, tak to sobie wyobrażam..." dzisiaj te słowa mają zupełnie inny wydźwięk. Jesteśmy przy końcówce prac przy pasiece. Cały sezon przeszliśmy razem. Ramię w ramię. Zaufał mi nawet wtedy, kiedy był w pracy, a ja postanowiłam sama nakarmić dziewczynki. I choć wydaje się to proste to trzeba bardzo uważać, by przez nieuwagę nie zalać ula i całej rodziny. Codziennie. Z planami na przyszłość, które są piękne, bo przede wszystkim są nasze, wspólne. Marzenia, po które sięgamy z nadzieją, ze przy wspólnym zaangażowaniu uda się nam je zrealizować. Część z nich już się udała. Nie zniknęłam. Wracam. To co mnie blokowało, to przeszłość, która próbuje mnie zmienić. Trudno, stało się. Musze się z tym uporać, może kiedyś On będzie gotowy ze mną o tym porozmawiać, tak od początku do końca. Mam nadzieję, że to co się stało nie ma i nie będzie miało żadnego wpływu na teraźniejszość. A przyszłość? Przyszłość, już się dzieje. Sherlock wiedział od początku, że nie stać mnie na próby. Miał wystarczająco dużo czasu, by dokonać wyboru. Teraz budujemy nasz świat razem. Realnie, namacalnie, bez jaskiń i ucieczek. Świat wypełniony uczuciem, bogatszy o doświadczenia, dzięki którym możemy uczynić nasze życie lepszym. Od wyjazdu na urlop wydarzyło się wiele. Nie polecieliśmy na księżyc, nie opłynęliśmy jeszcze świata, kto wie może kiedyś się nam uda. Jedno jest pewne. Nie narzekamy na nudę, za to ciągle brakuje nam czasu. Jest tyle rzeczy jeszcze do zrobienia, a tyle wspaniałych już za nami.
Jak się czuję? Zaskoczona, choć nie do końca. Miłość czyni cuda. Bo czy nie jest cudem, kiedy dwoje ludzi potrafi kochać z wzajemnością, wyrażając się o sobie z szacunkiem, wybaczając i przytulać dobrym słowem, gestem, ramieniem i sercem?

Dziękuję Ci za tą piosenkę Sherlocku. Kocham

6. lis, 2018

Życie wciąż mnie zaskakuje. Ty również Sherlocku. A jednak nie powinnam być zdziwiona. Wszystko o czym marzyłam we snach, w myślach,w głowie i sercu własnie się dzieje.
Za krotka była ta noc z Tobą. Każda jest za krótka. Po piątej nieubłaganie wyrwał mnie ze snu budzik w telefonie. Godzina drogi do pracy, tak milo popatrzeć jak śpisz. Z okien pokoju widok na twój angielski ogród, który tak lubię. Śpiew ptaków, dźwięczna muzyka. Spij. Musze wracać. Pocieszam się, że dziś piątek. Wróciły wspomnienia z gór i z regat...
Uważaj na siebie. Do zobaczenia za kilka godzin. Wracamy do pszczół. Urosły w siłę, ale nam nie wybaczą. Zbyt długo były same. Powoli dobiega koniec sezonu, trzeba dokarmić, wdrożyć leczenie ....i wrócić do ogrodu :)

6. lis, 2018

Jest trzeci sierpień, czwartek. Krótkie wiadomości wędrują do Sherlocka. Niestety będę dziś później, więc albo poczeka korzystając z chwili by odpocząć po pracy , albo zacznie pracę przy ulach. Uśmieszki, które ukradkiem wysyłamy sobie i nagle jak to Sherlock znowu mnie zaskoczył.
„Zabierz trampki, koszulkę i leginsy, dołóż strój kąpielowy…- pójdziemy dziś na ściankę…” – zwariował. Zaczęłam się śmiać. Jak chcesz się mnie pozbyć, to powiedz :) :) :) przy moim szalejącym błędniku i strachem przed wysokością to najlepszy sposób. Oczywiście nie powiedziałam tak, ale żartobliwie pomyślałam. Spakowałam wszystko do torby, wyciągnęłam z piekarnika solidną blachę ciasta marchewkowego, jeszcze tylko polewa czekoladowa, płatki migdałów na wierzch i w drogę. Do uli nie poszliśmy. Stara gazownia świetnie została zaadoptowana i służy zarówno początkującym i doświadczonym wspinaczom. Dziwne, ale przy Sherlocku właściwie nie myślę o swoich lękach. Jestem w takim miejscu pierwszy raz, naprawdę robi wrażenie. Jest kilka osób, z różnym stopniem zaawansowania, głównie w parach. Słyszę wyrażenia i zwroty, których znaczenia właściwie nie znam. Domyślam się, że tak jak w żeglarstwie, te hasła i zwroty są tu ważne. Do roboty Mała. Podchodzimy do ścianki na której widzę muszelki, słoniki, kolorowe rzeźby, no pięknie patrzę w górę i myślę sobie. Cholera to ścianka dla dzieciaków, to ja chyba tez dam radę. Sherlock podpina sprzęt alpinistyczny, uprząż ubrana, teraz , potem instrukcja jak zrobić jeśli dobrze pamiętam podwójną ósemkę na lince, moje bezpieczeństwo w dużej mierze zależy właśnie dobrze zabezpieczonej linki, oraz asekuranta. Cale szczęście będę podpięta do linki a Shelrock będzie mnie asekurował z dołu. Mam do niego pełne zaufanie. W duchu powtarzam sobie, dasz radę. Jestem gotowa, przyglądam się i oceniam, co uchwycić rękoma, gdzie zaprzeć nogę. Idę w górę, trzymając się blisko ściany, nie oglądam się za siebie, nie chciałabym tak od razu runąć na dół gdyby nagle zakręciło się w głowie. Wow, to całkiem przyjemne, oczywiście szukam jak największych elementów dzięki którym czuję się stabilniej, Mam dość silne nogi i wiem że z nimi problemów być nie powinno, ale tu potrzebna jest siła rąk i coś jeszcze. Myśląca głowa, rozglądanie się na boki i przewidywanie każdego następnego ruchu. Dobry nachchwyt, podchwyt…odciąg. Nachwyt – czyli chwyt który łapiemy od góry; po drugie podchwyt – czyli chwyt który łapiemy od dołu; oraz tak zwany chwyt boczny czyli inaczej odciąg – chwyt który łapiemy z boku.
Krok po kroku nie jak żółw, wpinam się i o dziwo nawet nie jestem przerażona. Ok. dochodzę do miejsca prawie u samego szczytu, Shelrock cały czas podpowiada, instruuje, tylko jak ja mam teraz zejść? Odwracam się, a niecenzuralne słówka same cisną się przez usta i śmiech…- puść linkę, odchyl się , zegnij lekko kolana i odpychając zjeżdżaj w dół. Szlak, niczego nie będę puszczała. Chwilę później przypominam sobie jak skakałam ze wspinalni podczas kursu podoficerskiego. Dokładnie to samo musze zrobić teraz. Dawaj Mała, nie bądź gapa. Poszło, mój asekurant nie dał ciała ;) stanowczość w jego głosie przyspieszył moje ruchy. I bardzo dobrze, bo gdybym tak dłużej posiedziała na tej górze, to chyba byłby problem, a tak bezpiecznie stanęłam na ziemi.
Niesamowite, pierwsze na co zwróciłam uwagę, to fakt, że ważne jest aby mieć zawsze trzy punkty podparcia, istotne jest również by od samego początku wykonywać ściśle określone czynności przyswajając tą właściwą technikę. Dla mnie bomba, a dla Sherlocka buziak.
Teraz zmiana ról. Ja asekurant, a Sherlock na ściankę, nie na tą ze słonikami i muszelkami. On uprawia wspinaczkę, kierujemy się w inne miejsce. I znowu instruktaż, jak blokować linkę, zwalniać. Tylko jak ja go utrzymam kiedy będzie chciał zjechać w dół. " Zdecydowanie, musimy poćwiczyć zanim pójdziemy na prawdziwe skałki. Ufam Ci, więc uważaj.” Tyle usłyszałam od Shelrocka zanim zaczął wdrapywać się po ścianie, robił to tak szybko, że z ledwością nadążałam naciągać linkę i blokować, aby się nie luzowała. Boże to trudne, to znaczy robię to pierwszy raz w życiu i co chwilę proszę by zwolnił, bo zwyczajnie nie nadążam. Ale nie to było najtrudniejsze. Przez chwilę Sherlock sam poczuł strach, kiedy chcąc zjechać w dół, nagle okazało się że moje ręce nie wytrzymywały, mnie uniosło ponad ziemię a on zjeżdżał prawie 1/3 ściany w dół zupełnie na luzie. Na szczęście udało mi się go przytrzymać. Nic dziwnego, ważę zdecydowanie mniej. Udało się, team obok miał za zadanie zareagować, gdybym nie dała rady. Na szczęście nie doszło do tragedii, a Sherlock znalazł się na dole. Dobra Mała, teraz ty, twoja kolej. Jak wejdziesz do samej góry to jesteś „Gościówa.” Jezu, nie, nie dam rady – DASZ, no już wchodź, nie ociągaj się. Ruszyłam, choć moje serce dudniło jak szalone. Jest dobrze, nic mi tu nie grozi. Trochę mniej miejsca dla całych dłoni, mniejsze podparcia dla stóp, ale pnę się w górę. Nie oglądaj się za siebie, nie patrz w dół, tylko w górę i na boki. Acha, pod szczytem zorientowałam się, że chyba już jestem za wysoko. O raju, wykrzyknęłam, zjeżdżam , chce na dół. Jest zaje….iście, ale na dziś mi wystarczy. Mokra jak szczur, wypijam jednym tchem wodę. Nie sądziłam ,że przy wspinaczce można się aż tak spocić. Najgorsze i tak przyszło następnego dnia w postaci zakwasów na przedramionach i w nogach :) :) :)
Od Sherlocka usłyszałam że nie wierzy ,że nigdy tego nie robiłam, lub nie próbowałam. Miałam wrażenie że się ucieszył, złapałam bakcyla. A on był dumny.
To było fantastyczne, całą drogę w samochodzie nadal gadałam i gadałam nakręcona i podekscytowana. Zrobiło się ciemno, a my po intensywnym „treningu” zażywaliśmy kąpieli w jeziorze, łysy wyglądał zza chmur, w oddali ciemną noc rozświetlały błyskawice wędrującej gdzieś nad ziemią burzy.
Boże jaka jestem szczęśliwa.
Uwielbiam kiedy możemy robic różne rzeczy razem, jedzenie, prace przy pszczołach, aktywnie lub zupełnie leniuchując. Jak na to nie spojrzec, nie nudzimy się i korzystamy z każdej możliwości i czasu tak by nie zmarnowac ani jednej chwili. Nie obawiam się użyc określenia, że dopasowany z nas tandem ;)

6. lis, 2018

Gdyby ktos mnie dzisiaj zapytał o to, czy gdybym mialabym możliwość to czy zmienilabym swoje życie? Odpowiedzialabym NIE. Gdybym miała taką możliwość najprawdopodobniej nigdy nie wyszłabym za mąż za mojego eks. Nie mialabym kochanego syna i nie spotkałyby sie drogi moje i Sherlocka.
Gdybym zdala na prawo po maturze, z pewnością zostałabym w Poznaniu. Gdybym nie poszła do szkoły w Gorzowie nie pracowalabym z dziecmi niepelnosprawnymi i   poznałabym dziewczyn. Gdyby nie praca, którą dzis  wykonuje, na emeryturę musiałabym czekać jeszcze ponad dwadzieścia lat, a tak myślę ze nastąpi to w przeciągu kilku nastepnych. Gdyby nie pewne okoliczności związane z czasem po rozwodzie nie posmakowalabym tego wszytkiego o czym głośno mówić nie wypada. Do wielu spraw, sytuacji i zdarzeń więcej nie dopuszczę , poniewaz niekoniecznie dobrze sie z nimi czułam. Ale znając te smaki mam możliwosc wyboru i oceny tego co dla mnie jest dobre.
 Kilka dni temu Sherlock w pewnej książce, którą pożyczyła mi jego mama przeczytał o tożsamości. Odnoszę wrażenie ze im bardziej słuchamy głosów z zewnątrz tym trudniej jest nam odnaleźć samych siebie. Od kilku miesięcy mam spokój o jakim marzyłam.  Dom, w ktorym pachnie z ludźmi których kocham. Rodzina jest mi bliższa niz kiedykolwiek wczesniej. Zupelnie tak tato, bo wlasnie znowu czuje twoja obecność, jakbym wróciła do początków. Ale juz nie taka krnąbrna jak kiedyś. Dojrzalsza i spokojniejsza. Wiem czego chcę i mam swoje marzenia, które bardzo chcę spełnić. 
Gdybym miala taką możliwość o której napisalam wcześniej , moje marzenia byłyby inne, ja byłabym kims innym i kto wie czy równie mocno poczułabym uczucia które tak mocno we mnie żyją?

6. lis, 2018

Lornetka wróciła do Sherlocka, ale nasz niezaplanowany przystanek w ogrodzie gdzieś na końcu małej nadodrzańskiej wsi przedłużył się o pyszny swojski rosół, pajdy chleba i kilka „kropel” alkoholu. Przyjemnie rozpoczęty urlop w miejscu skąd zabraliśmy osierocone pszczoły. Wspomnienia i wymiany wrażeń chłopaków z rejsów po morzu, polowań, śmiesznych historyjek. Poczucie humoru towarzyszy ludziom, którzy są otwarci i spontaniczni i wiek nie ma znaczenia. Lubię patrzeć kiedy Sherlock śmieje się od ucha do ucha, wtrącając co chwilę pieszczotliwe słówka do mnie z tym swoim uwodzicielskim wzrokiem i głosem.
Po kilku godzinach ze świeżym sandaczem ruszamy w drogę , nasz kolejny nieplanowany przystanek , osada w bolesławickich lasach. Kurs na A4 i zbaczamy z drogi do Zakopanego. Poznam najlepszych przyjaciół Sherlocka. „Zobaczysz to cudowni, otwarci i bardzo ciepli ludzie. Są dla mnie jak rodzina.” Opowiada mi o nich, ich dzieciach, wspólnych przygodach, spotkaniach, o tym czym się zajmują. Sherlock wygląda na szczęśliwego, siedząc na fotelu pasażera, co jakiś czas zwraca mi uwagę bym nie przekraczała 150km/h - wiem że masz ciężką stopę…śmieje się i kontroluje mi prędkość. Jesteśmy szczęśliwi, uśmiechnięci i podekscytowani. Muzyka wypełnia przestrzeń samochodu.
Stary dom z wiejskim ogrodem, a przed nim drewniane ławki i stół. Imponujących rozmiarów orzech tworzy parasol dając cień, zachęcający gościa by przejść przez bramę – usiądź , odpocznij , popatrz na lasy. Do furtki przybiega młodziutki wilczur, machając ogonem na wszystkie strony. Drzwi otwiera ubrana w delikatną, błękitną sukienkę wysoka, szczupła i uśmiechnięta kobieta. Od razu złapałyśmy kontakt. Jej mąż to wielki chłop J, długie włosy opadają mu na ramiona i szczery głośny śmiech. Będzie wesoło. W całym domu muzyka, a ich kuchnia to marzenie nie jednej kobiety. Stary piec kaflowy, odkryte cegły na ścianach i kredensy wypełnione przepiękną i malowniczą ceramiką bolesławiecką. Na dużym kuchennym stole słoneczniki. Widać, ze jest to ulubione miejsce Pani domu. Pachnie biszkoptem, cóż Ona będzie robić? Po ogrodzie biegają brojlery i kury. Pachnie lasem. Małe okna z zawieszonymi firankami, taki dom jaki ja pamiętam z dzieciństwa. Po obiedzie, Panowie poszli sprawdzić jak pracuje ukryty pod wiatą na tyłach domu niebywałych rozmiarów sprzęt do produkcji swojaka. A My w kaloszach na jej poletko dyniowe, między nawłocią i dzikimi malinami 
i poziomkami. W tym domu, po zwykłej codziennej pracy, życie toczy się swoim torem, Danusia specjalistka i pasjonatka tortów, świetna kucharka, wrażliwa i subtelna mama, żona i kobieta. Oboje są po studiach politechnicznych, wykształceni i inteligentni ludzie kochający siebie i życie jakie prowadzą w tej małej osadzie. Pokazuje mi zdjęcia swoich nastoletnich dzieci, widać że jest szczęśliwa zwłaszcza w jej błyszczących oczach. Mamy tu wszystko czego potrzebujemy, swoje mleko, jaja, ser, warzywa, a nawet alkohol z uśmiechem dodaje. Trochę im pozazdrościłam. Cieszę się, że tu przyjechaliśmy. Mogłabym zostać dłużej J. Sherlock przygląda się i nasłuchuje nasze rozmowy, ciekawy naszej wymiany zdań. Tymczasem zabrałyśmy się za robienie skubańca z cynamonem, oraz minionkowego tortu zamówionego dla dwuletniego jubilata na niedzielę. Wieczorem przy suto zastawionym stole gospodarz proponuje nam swój wyrób z kantki J. Sherlock nie czuje się najlepiej więc zwalnia tempo, poza tym ktoś jutro musi nas w końcu dowieźć do Zakopanego. Swojak ma rewelacyjny smak i barwę, nie trzeba go niczym zapijać. To była długa noc i zdaje się,że gospodarz znalazł kompana równego sobie J . Bolą mnie mięśnie mimiczne twarzy od śmiechu. Usnęłam wtulona w Sherlocka. 
Niedziela…nie tak z rana…
Bóle głowy , zapach aloesu i mokry ręcznik na głowie, to nie ja. Sherlock miewa napady migreny. Na szczęście w miarę szybko doszedł do siebie. Zawsze jest mi przykro kiedy się tak źle czuje, niewiele mogę zrobić, a wiem jak bardzo dokuczliwe potrafią być bóle migrenowe. Dobrze, że nie zapomniał tabletek, przytulam go cicho szepcąc do ucha. Jeszcze chwila, przejdzie….cicho… cichuteńko… i ruszam pomóc w kuchni.. Chłopcy po spacerze ze szczeniakiem do lasu, na rozłożonych sofach oglądają komedię. Po chwili na ogniu jest już wielki gar a w nim rosół z wiejskiej kury, ziemniaki obrane, udka doprawione czekają na swoją kolej. Kończymy jeszcze minionka. Został nam jeszcze jeden biszkopt więc robimy malutki torcik z wiórkami kokosowymi, wygląda jak biała chmurka. Pora na obiad pod orzechem. Gdyby tak zatrzymać zegar, lub choć o jeszcze jeden dzień wydłużyć czas tutaj. Przyjemnie , miło i spokojnie. Jeszcze tu wrócimy, jeszcze wymiana telefonów i w końcu ruszamy w Tatry. Jest już późno, dojedziemy z pewnością daleko po zachodzie.