13. maj, 2017

Nic nie mów, nie mów i bądź blisko....

Spowiedź chuligana
Sergiusz Jesienin

Nie każdy mógł się wysłowić
Nie każdemu dane jest jabłkiem
Spadać na cudze kolana.

Oto jest największa na świecie spowiedź –
Spowiedź ostatniego chuligana.

Ja umyślnie się nigdy nie czeszę
I głowę noszę w wietrze rozchwianą, jak świeca.
Waszych dusz bezsilną jesień
Przyjemnie mi w ciemnościach wam oświecić.
Przyjemnie mi, kiedy przekleństwa kamień
Dosięga mnie jak grad i chce mnie zwalić z nóg.
Ja tylko mocniej ściskam znów rękami
Rozkołysanych włosów moich stóg.

Jak dobrze wtedy wspomnieć tak ukradkiem
Zarosły staw i dni dzieciństwa pierwsze,
Że gdzieś w dalekiej wsi są ojciec mój i matka,
Co mają gdzieś najlepsze moje wiersze.
Dla których drogim był jak pole i łan,
Jak wietrzyk, co od pól wiosennych rankiem mży,
Oni by przyszli zadźgać was widłami
Za każdy wasz rzucony we mnie krzyk.

Biedni, biedni wieśniacy!
Już na pownoście nic nie urośli,
Zawsze jeszcze ryjecie się w ziemi jak krety.
O, gdybyście zrozumieli,
Że syn wasz jest w Rosji
Największym poetą!

Małoście to o życie jego kiedyś zadrżeli,
Gdy bosymi nogami kałuże jesienne wycierał?
A dziś on chodzi w cylindrze
I wydłużonych lakierach.

Ale mieszka w nim wiejski krzykacz,
Co przyczaił się tylko i czeka.
Każdej krowie z szyldu rzeźnika
On kłania się jeszcze z daleka.
I spotkawszy dorożkarza na placu,
Wspominając woń gnoju od pól im dren,
Gotów ogon nieść każdej klaczy,
Jak weselnej sukni tren.

Ja kocham ziemię.
Ja bardzo kocham ziemię!
Choć jest w niej smutek głęboki jak staw,
Miłe mi są zbrudzone mordy świń i źle mi,
Gdy nie słyszę, jak nocą dzwonią chóry żab.
Jak chory jestem na wspomnienia dziecka,
Kwietniowych zmierzchów wciąż śni mi się woń i kurz.

Jakby się pogrzać w kucki u przypiecka
Przykucnąć klon przed smolną watra zórz.
O, iłem jajek na nim w gniazdach wronich,
Wdrapując się po sękach, niegdyś kradł.
Czy taki sam on dziś poważny i zielony?
I czy, jak dawniej, wieczorami gra?

A ty, kochany
Wierny, stary psie?!
Na starość ślepy stałeś się i chory
I grzejesz się na progu całe dnie,
Nie wiedząc już, gdzie chlew i gdzie obory,
O, jak mi drogie są dziś wasze psoty,
Gdy chleb od matki wyżebrany długo
Do spółki jedliśmy pod płotem,
Nie brzydząc się zupełnie jeden drugim.

Jam wciąż ten sam.
Sercem jam wciąż ten sam,
Jak chabry w życie kwitną oczy hoże.
Ścieląc dziś słów złocące się rogoże,
Chciałbym powiedzieć cos tkliwego wam.

Dobranoc!
Wszystkim wam dobranoc, mili!
Zapomniane na murawie zmierzchu kosy moknś
Chce mi się tak bardzo w tej chwili
Osiusiać księżyc przez okno.

Błękitny zmierz, błękitny w rozpływie linii.
W taki błękit i umierać lekko.

Więc i cóż, że wyglądam jak cynik,
Co przyczepił do zadka reflektor.
Stary, dobry Pegazie mój, śpisz?
Mnie – ż potrzebny twój męski kłus?
Ja przyszedłem, surowy mistrz,
Sławić szczury i karpi plusk.
Głowa moja, jak Sierpień flag,
Sączy wina burzliwych włosów strumień niemy.

Ja chcę być żółtym żaglem
W tę stronę, dokąd płyniemy.


JAGA